czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział 1.



                                                                             1.


–  Jejku… Czy ten budzik, choć raz mógłby nie zadzwonić, spóźniłabym się do szkoły i nie musiałabym do niej  iść. – Marudzenie było moim ulubionym zajęciem, zaraz po gadaniu samej do siebie. Wiem, to głupie!
– Anerys! Wstawaj, bo zaraz  się spóźnisz! – Mama była rannym ptaszkiem, niestety moja osoba już nie. Ale kto był takim geniuszem i musiał wprowadzić, że lekcje zaczynają się o ósmej ? Kto? Znajdę go i coś mu  zrobię, nie wiem tylko  co. Spokojnie dajcie mi chwilę, wymyślę za lada moment taką zemstę, że po prostu cały świat mnie pozna. Tamtego dnia byłam  za bardzo wredna. Ogarnij się Anerys. Raz, dwa, trzy. Idealnie.
– Dobrze,  już schodzę, daj mi tylko się  ubrać i zejdę na śniadanie. – Celowo powiedziałam to głośniej, nie lubiłam gotować i miałam nadzieję, że mama mi zrobi pyszne śniadanko. Idąc do łazienki potykałam  się o różne rzeczy, porozwalane na podłodze. Był wtedy  czwartek, więc dzień sprzątania miał nadejść  dopiero za dwa dni. Nienawidzę sprzątać, traktuję to jak zło konieczne.  Choć naprawdę mój pokój był mały i przytulny panował w nim chaos. Kiedy tylko zapraszałam moją najlepszą przyjaciółkę – Ami –   do siebie, ona zawsze mówiła jedną i tę samą kwestię:
– An. Tutaj jest tak słodko, że aż mnie mdli. Można po prostu rzygać tęczą. Białe meble, fioletowe ściany i różowe dodatki. Czuję się jak w bajce z księżniczkami. Zrób coś z tym! – W tamtym momencie wpadałyśmy w wielkie rozbawienie. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, nie czekaj, wróć, jesteśmy, choć teraz ona jest na wymianie uczniowskiej. Ja nie mogłam pojechać, bo zgadnijcie, co? Raczej kto, moja mama, Loria, zapytana o to powiedziała tak:
– Chyba śnisz, nie puszczę cię  na miesiąc na drugi kontynent samej, tylko dlatego, że masz zaproponowaną wymianę. Przypomnij mi, gdzie to jest?
– Mamo, mamusiu! Puść mnie, proszę, to tylko miesiąc i po za tym, nie będzie cię przez prawie połowę miesiąca, bo wyjeżdżasz w sprawach służbowych. – Nigdy, ale to nigdy, nie pragnęłam wyjechać z tamtego miejsca tak, jak w tamtej chwili, ale jak zwykle ostatnie słowo posiadała mama.
– Nie i koniec, żadnych zbędnych dyskusji! – Teraz  już krzyczała. Jeśli tak krzyczy, to znaczy: „Lepiej idź do pokoju i o tym zapomnij” . Było tak zawsze, kiedy mówiłam nawet o zwyczajnym wyjeździe. Bała się czegoś, tylko nigdy nie mówiła, czego.
Będąc w łazience umyłam twarz i odruchowo spojrzałam w lustro. Odebrało mi mowę. Nie, nie byłam obsypana pryszczami czy wysypką. Nie posiadałam żadnej blizny na czole. Nic z tych rzeczy. Przyjrzałam się jeszcze raz, tym razem uważniej, jakbym chciała się upewnić, czy to się dzieje naprawdę. Delikatnie dotknęłam moich włosów, na szczęście nie wypadały, ale spotkała je straszna rzecz – po moim ślicznym, blond kolorze nie zostało nic. Serio, nic, mój kolor wyblakł, stał się siwy, albo nie, kolor, który by je opisywał to raczej biały, bielusieńki. I jak ja miałam żyć? Jedynym sposobem, jaki teraz przychodzi mi na myśl, było to:
– MAMO! Choć  szybko na górę! – wydarłam się na cały dom. Nie ważne, że po takim czymś miało mnie boleć gardło. Słyszałam mamę, wchodzącą po schodach.
– Jeśli chcesz, żebym zrobiła ci ka …– urwała w połowie zdania, zauważyła moje cudne włosy. I doznała strasznego szoku. Naprawdę nigdy tego nie widziałam, żeby coś ją na tyle zaszokowało. Może kiedyś w przeszłości, ale ja jej nie widziałam.
Teraz jej zdumienie przeszło w bezmyślne wpatrywanie się we mnie. To było straszne. W końcu przełamałam się i przerwałam panującą wokół nas ciszę.
– Mamo, nie gap się na mnie tak, jakbym bym była nie wiadomo  kim  albo jakimś monstrum. To tylko naturalna, przyśpieszona siwizna. Spokojnie, tylko coś powiedz. – Jeśli czegoś nie powie, to po prostu zwariuję. Polecę na Alaskę i już nie wrócę  albo zamieszkam z pingwinami, może uznają mnie za swoją i wykarmią. Jednak po dłuższej chwili milczenia odezwała się.
– Ostrzegała mnie, że tak to może się skończyć. Mówiła mi, że to bardzo prawdopodobne. Dlaczego ja jej wtedy nie słuchałam? – mówiła bardzo szybko, i bardziej sama do siebie, niż do mnie.
– Ja tu jestem! Czego nie słuchałaś mamo? – zapytałam, lecz  chodziło mi po głowie inne pytanie: czy ona wiedziała, kim się stałam?
– Kochanie potem ci wyjaśnię. Musisz się ubrać i wyjeżdżamy – oświadczyła.
– Jak to? Wyjechać z powodu moich włosów? Zaczekaj, wystarczy kupić farbę do włosów i już damy sobie radę. – Jak zwykle mój optymizm musiał ujawniać się w kryzysowych sytuacjach. Wcale nie pomagasz optymizmie!, skarciłam się w myślach . Zaraz po prostu zwariuję. Nie miałam pojęcia, kto ostrzegł moją matkę i przed czym. I do tego moje żałosne imię, którego pochodzenia nie zna nikt. Anerys – tego imienia nikt dobrze nie wymawiał, dzieciaki często się myliły, gdy je wymawiały.  Powstało, więc takie ładne zdrobnienie – An – i już nie przedstawiałam się jako Anerys, tylko skrótem . O! Mam jeszcze jedną nowinę, nigdy nie widziałam własnego ojca. Mama mało o nim mówiła.  Po prostu wyjechał i nie wrócił… Czasami się dziwię, że nie jestem w psychiatryku. Idealnie bym się tam wpasowała. Dziwne imię, szalony kolor włosów, nieprawdopodobna historia.
– Dobrze, w takim razie idę do sklepu po farbę. Na pewno jest tu jakaś sukienka, założę ją i pójdę do sklepu. Jaki to ja miałam odcień włosów? Lepszy będzie jasny blond czy, ojej, nie znam żadnych szczególnych barw! Nigdy nie farbowałam włosów.
– Nigdzie nie idziesz! Zostajesz w domu, a nawet gdybyś próbowała przefarbować włosy , to ci się nie uda. – Tak mamo, bo ci uwierzę.
– Bo uwierzę. Jak ja się pokażę? Co teraz? Mam się przebrać za staruszkę i udawać własną babkę? – Nie mogłam znieść tego, że moja mama nie chce mi niczego powiedzieć. Miałam zamiar za chwilę pójść  do łóżka, zasnąć i nic, przyrzekłam sobie, nie obudzi mnie przed sześćdziesiątką!
- Teraz proszę cię, oszczędź mi swoich wybuchów złości. Ubierz się, a po drodze wszystko ci wyjaśnię – mówiła już ze stoickim  spokojem, bardzo typowym dla niej. Nigdy nie zobaczylibyście pani Lorii w furii, czy jakimś ataku paniki . Nawet, gdy siedziała ze mną w gabinecie dyrektorki, słuchając o moim najnowszym wybryku, nigdy nie traciła swojego opanowania. Podziwiałam ją za to.
Zeszła już  na dół. Zaczęłam się ubierać,  słyszałam tylko głos mamy rozmawiającej przez telefon. Z kim? Tego nie wiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz