piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 2.



2.



– Jesteś gotowa? – Z dołu dobiegł mnie głos mamy.
– Już, zaraz schodzę. Nie miałam pojęcia, jak się ubrać, bo nawet nie wiedziałam, gdzie jedziemy,  i co będziemy robić. Byłam przerażona . Może mama chciała mnie zabrać do jakiegoś dziwnego ośrodka dla mutantów, albo dla istot paranormalnych, i co wtedy ze mną zrobią? Zamkną w klatce i będą oglądać jak zwierzę w zoo?
Ubrałam się jak zawsze, czyli na niebiesko. Od dziecka odczuwałam taką potrzebę Zdarzały się pojedyncze wyjątki, jak biała bluzka, czarna spódnica czy inne rzeczy, ale jak by na to nie patrzeć, w mojej szafie zawsze królowały błękity . Pasowały mi one idealnie do oczu, które również były lazurowe . Nawet w szkole nadano mi się cudowny przydomek – księżniczki oceanu. Skąd to wytrzasnęli? Nie mam pojęcia, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, jak te siwe włosy
– Gdzie jedziemy? – zapytałam, kiedy z wdziękiem ameby wsiadłam do auta. Mama już wycofywała samochód  z podjazdu do naszego małego domku. Najwyraźniej chwila ciszy, która ciągnęła się niemiłosiernie nie miała zostać przerwana odpowiedzią na moje pytanie. Zresztą, jak zwykle mama miała mnie gdzieś,  więc uznałam, że będę dalej wpatrywała się w krajobraz za oknem, który znałam od dziecka. Pola, łąki i pastwiska, lasy najróżnorodniejsze kwiaty w ogródkach, wszystko się tutaj znajdowało . W tej okolicy nie było niczym dziwnym to, że ktoś miał szklarnię, w której hodował palmę kokosową. Nasze małe miasteczko należało do klasy letnich domków bogaczy. Stanowili oni większość naszego miasteczka, ale i tak  cieszyliśmy się z tego, co mieliśmy, bo do szczęścia nie są potrzebne za duże pieniądze. Czasami wystarczy oddać się woli Boga.
Patrzyłam nadal przez szybę samochodu i nagle zauważyłam pastwisko owiec.  Nie myślcie sobie, że owce to małe, puchate, miłe stworzonka, o nie. Kiedy miałam, może z sześć lat, byłam na wycieczce w zoo.  To nic niezwykłego, ale dla sześciolatki, która nie widziała żadnych zwierząt oprócz psa i kota, było to nie lada przeżycie. W tym zoo, był jeszcze mniejszy ogród zoologiczny  dla dzieci, można tam było pogłaskać źrebię, osiołka no i owcę. Rzuciłam się pierwsza na owieczkę, myślałam, ze jej sierść to wata cukrowa. Wyglądała tak apetycznie! Dotknęłam jej, a ona w podzięce za to, że ją przytulałam, wygłaskałam ugryzła mnie w ucho i ośliniła. Niestety ugryzienie owcy zabolało i popłakałam się . Nienawidzę owieczek do dziś, ale one prześladują mnie na każdym kroku, poważnie . Idę do kina, a tam cudowny plakat filmu „Baranek Shaun” .  Z mojej owczej  refleksji wyrwała mnie mama.
– Kochanie, ja wiem, jak to może wyglądać, ale spokojnie, dowiesz się wszystkiego w swoim czasie.
– W swoim czasie? – prychnęłam. Miałam dowiedzieć się po drodze!  Może ociupinkę przesadziłam z tonem w głosie… Ups
– Nie tym tonem, moja panno, bo się niczego nie dowiesz – powiedziała niby spokojnie, lecz w jej głosie było słychać groźbę.
– Trudno. A z resztą jak tam sobie chcesz – odburknęłam, odwracając  się w stronę okna, by znów podziwiać widoki. Zanurzyć się w świecie własnych rozmyślań. Lubiłam moją samotność. Na dobrą sprawę rzadko rozmawiałam z mamą, zawsze była zajęta, albo miała na głowie ważne sprawy do załatwienia. Zawszę udawałam, że nic się nie dzieję, kiedy zostawiała mnie dla jakiejś ważnej sprawy, ale w głębi duszy miałam pustkę i dusiłam się samotnością. Nikła więź matki z córką ciągle stawała się coraz cieńsza, zastanawiałam się, kiedy pęknie. Bo nie tęskniłam za mamą, gdy wyjeżdżała . Pustkę zastępowałam mnóstwem książek, oglądałam masę filmów, ale też uczyłam się, aby osiągnąć coś wielkiego. Wiedziałam, że koleżanki zazdrościły mi tego, iż moja mama pozwalała mi na prawie wszystko, że zostawiała mnie w domu samą nawet na kilka dni. Wiecie  co się dzieje, kiedy musisz spać sama w domu? Nagle wszystko staje się żywe, zaczynają istnieć rzeczy, które teoretycznie nie powinny egzystować i pojawiają się zjawy. Tak, tak zjawy, dziwne cienie, które przemieszczają się i mogą cię pożreć. Do rzeczywistości przywołał mnie głos mamy.
– Dojechałyśmy.
Wyglądałam przez okno, ale nawet nie zorientowałam się, że zmienił się krajobraz za oknem. I nie uwierzycie, zobaczyłam morze. Dla niektórych może wydać się to dziwne, ale mi nie wolno było wyjeżdżać nad wodę, jedynym wyjątkiem była szkolna wycieczka w czwartej klasie. O dziwo, pozwolono mi na nią jechać. Nigdy nie zapomnę tego, że jako jedyna zbierałam muszelki i wróciłam z dwoma pełnymi torbami. Wszyscy mieli ze mnie świetny ubaw.
– Wychodź już – krzyknęła do mnie, nawet nie zorientowałam się, kiedy wysiadła, bo zachwycałam się piękną, błękitną taflą wody. Możecie uznać mnie za dziwaczkę, no ale zawsze morzę wygląda cudownie, jakie by nie było.  Wyszłam z samochodu. Plaża była czysta, mimo że odznaczała się  dosyć dziwne, przeważnie plaże są strasznie brudne, ale w końcu mamy listopad, a w tym miesiącu nie ma tak wielu turystów. Po mimo tego w okolicy nie znajdował się  żaden domek, hotel ani restauracja. Kompletne odludzie.  Rozglądając się po okolicy zapomniałam o tym, że miałam się rozebrać. Tak nie ma to jak striptiz na plaży przy dziesięciu stopniach Celsjusza . No, ale jak kazano to, co miałam zrobić? Przecież chciałam pozbyć się tych siwych włosów.
– Mamo, ale ja się przeziębię, jest tak strasznie chłodno – jęknęłam, ale tak naprawdę bałam się, czy ktoś nas zobaczy, no  bo to by było strasznie głupie. Każdy bałby się, że ktoś go będzie podglądać .
– To tylko na chwilę. Już, pośpiesz się, nie mamy wieczności! – Sama była już prawie całkiem nago.
– No dobra, ale jeśli ktoś nas zobaczy, to ja pierwsza uciekam. – Zaczęłam się rozbierać. To straszne robić to  przy własnej matce. Nie przyglądała się mi, na szczęście, ja jej też zbytnio nie, ale kontem oka dostrzegłam, że z torebki wyjmuje jakieś dziwne pudełko. Nigdy czegoś takiego nie widziałam, a przeważnie wiedziałam, co posiadała mama. Nie przeszukiwałam jej sypialni, ale po prostu ktoś musiał tam sprzątać. Więc trochę wiem, co ma, w jakim miejscu trzyma na przykład swój pamiętnik – a trzyma go w dolnej szufladzie komody, pod swetrami. Nigdy go nie przeczytałam. Chciałam, ale był zamknięty na klucz. Znowu można się zdziwić, że dorosła osoba pisze pamiętnik, no ale przecież  kto komu zabroni?
– Już. Po co to wszystko? Mogłyśmy tylko pofarbować włosy, a nie jechać aż tu – powiedziałam.
– Jejku! Choć tu już. I nie marudź. – Mama była w podłym nastroju.  Obróciłam się i udałam się w stronę morza. Nagle stanęłam jak wryta . Mama złamała złotą zasadę, jaką wpajała mi przed wyjazdem w  czwartej klasie: „Nigdy, pod żadnym pozorem nie wchodź do wody”. Ona ją złamała. Jednak skoro ona kazała mi to zrobić, nie będę się kłócić. Weszłam powoli do wody. Myślałam, że będzie (bez "w morzu") o tej porze roku jest zimna, a ona była dla mnie, o dziwo, ciepła. Chyba miałam jakieś omamy. Jak tylko stąd wyjedziemy pierwsze, co zrobię, to pójdę do psychiatryka. Lepiej niech zaczną przegotowywać mi łóżko.
  Szybciej już nie można było? – Nastrój mamy nadal był dziwny. – Tylko tego nie upuść. –  Podała mi pudełko, które widziałam wcześniej. Z bliska wydawało się jakieś inne, było w kształcie  małży, tylko nie białego koloru, a różowego. Ciekawe, czy w środku znajdę perłę? Otworzyłam je powoli i zauważyłam, że na takiej jakby wyściółce, leżała  ładna, owalna kulka, która nie była perłą. Perły nie mają odcienia lekkiego różu. Z tego gapiostwa wyrywał mnie głos mamy.
  Teraz słuchaj uważnie. Połknij ją i bardzo szybko zanurz się w wodzie, bardzo, ale to bardzo głęboko.
  Mamo, ja nie potrafię nawet połknąć witaminy C, jak mogę połknąć coś takiego? A po za tym nie utonę?
Zawszę byłam strasznie lękliwa, powinna to wiedzieć i nie kazać mi połykać takiej tabletki!
– Oj, już nie marudź. Chodź raz zrób o to, o co cię proszę i zaufaj mi. – Łatwo jej mówić, po za tym nie ufałam jej zbytnio, raczej nie ufa się komuś, kto zostawia cię na tydzień lub dwa samą w domu.  No, więc przyglądałam się mojej „tabletce” nie wiedząc, co ze mną zrobi. Spojrzałam na mamę, a ona wysłała mi spojrzenie w stylu „masz to połknąć, nie jesteś dzieckiem, nie mamy czasu”. Połykać od razu? Nie, to nie w moim stylu, delikatnie rozpuściłam ją na języku. Miała posmak soli zmieszanej z czymś bardzo ostrym. Na pewno jadłam to kiedyś, niestety nie mogłam przypomnieć sobie, co to było. Gdy to połykam  mało się nie zadławiłam. Natychmiast pochyliłam się do przodu i wpadłam do morskiej toni.



2 komentarze:

  1. fajnie że wstawiasz (no jak na razie) regularnie, zauważyłam kilka błędów ortograficznych ale z czasem znikną:)
    myślę że nie piszesz źle a sama fabułą wydaje mi się ciekawa, mam nadzieje ze będziesz pisać dalej :)
    weny życzę :D :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tak wiem pomyłki się zdarzają. Muszę je koniecznie poprawić. ;)

      Usuń